Od roku 2008 w zasadzie nie mieliśmy dłuższego wyjazdu niż wyjazd tygodniowy. Zawsze było tysiąc przeszkód, przez które rezygnowaliśmy z wyjazdu na uczciwe kilkutygodniowe wakacje. W zeszłym roku zaparliśmy się - nic nas ni wystraszy, groźba redukcji, debety na kontach, ataki konkurencji. Jedziemy na pewno. Pakujmy do plecaków aparaty cyfrowe, szczoteczki do zębów i jedziemy w świat.

Podróż przez pierwsze cztery dni przebiegała znakomicie. Cywilizowane kraje, z dużą ilością autostrad, gdzie ludzie są sobie przychylni to znakomite miejsce do podróżowania autostopem. Większość trasy przebyliśmy jadąc jednym wozem długie odcinki drogi. Jednocześnie mieliśmy okazję odwiedzić kilka miejsc, o których marzyliśmy już od dawien dawna. Poznaliśmy też kilku absolutnie unikalnych oryginałów, którzy podróżowali tak jak my.

Po dojechaniu do celu, co już przyszło nam z trudem ze względu na opór lokalnej ludności, wyszło na jaw, że ze względu na brak środków transportu jesteśmy praktycznie przywiązani do miejsca, w którym rozbiliśmy namiot. Samochód mieli tylko nieliczni, a jak już go mieli to nie po to, żeby wozić jakiś nieznanych przyjezdnych, którzy przecież mogą zniszczyć tapicerkę, albo nie daj boże zwymiotować na dziurach.

W trzecim tygodniu była taka straszna burza, że wszystko nam całkowicie zalało. Sony alpha 350 i kamera Kodak uległy kompletnemu przemoczeniu. Straciliśmy całkowicie możliwość robienia zdjęć i filmów co było ostatnią nic nie kosztującą rozrywką. Inwestując kupę kasy w przejazd wybraliśmy się do serwisu odległego o jakieś 50 kilometrów, który odesłał nie pytając nas o zdanie sprzęt do centrali w stolicy na trzy tygodnie (ostatecznie dosyłali nam go do kraju kurierem). Spłukani do ostatniego grosza prawie z płaczem ostatecznie wróciliśmy do domu i jakoś nie palimy się szczególnie do powtórzenia takiej wycieczki.